Okręty
wojenne >> Okręty Morza Śródziemnego
Okręty Morza Śródziemnego
Galera - statek o
napędzie wiosłowym. Używany był przede wszystkim na Morzu Śródziemnym
od czasów starożytnych aż do XIX wieku. Często do wiosłowania
zmuszano tubylskich niewolników. Galera to statek popularny w
starożytnej Grecji, Egipcie, Italii
Nazwa
Galera pochodzi od mieczowej ryby - galeos, której głowa do
złudzenia przypominała mieczowe zakończenie galer. Kariera galer jest
dosyć długa, bo trwała ponad VI wieków. Ich początki sięgają
1000 r. a kończy bitwa pod Lepanto (1571r.) - w której to
spotkało się ok. 550 galer i galeas w wojnie ligi (Hiszpania,
Wenecja, Genua) z Turkami osmańskimi. Choć nawet po tej bitwie możemy
spotkać galery nadal, jednak pełniły wtedy już funkcje bardziej
honorowe i reprezentacyjne. Były to więc statki o napędzie wiosłowym
i jako pierwsze zostały wykorzystane w armiach właśnie Wenecji, Genui
i Amfli. Były niezwykle smukłe, ponieważ ich stosunek szerokości do
długości wynosił 1:6, na koniec nawet 1:9 co przy napędzie wiosłowym
pozwalało uzyskać całkiem spore prędkości. Początkowo galery
posiadały dwa rzędy wioseł, ale już od XIV w. drugi rząd zanika.
Dodatkową nowością staje się stosowanie apostis, czyli podłużnej
belki na której oparte były wiosła, zamiast, jak wcześniej,
otworów wiosłowych. Na jedną burtę przypada 20-26 wioseł .
Przy dalszej ewolucji, wiosło zaczyna ważyć 250 kg i w takiej
konfiguracji obsługuje je ok. 5-8 galerników. W XIII w.
pojawia się nadbudówka rufowa, a w XV w. ster zawiasowy.
Zmiany następowały również w ożaglowaniu. Choć galery
posiadały wiosła, jako napęd dodatkowy stosowały żagle łacińskie.
Początkowo był to jeden żagiel, od XV w. dwa. Reje żagli były
niesłychanie długie, jednak mimo to, ożaglowanie takie nie nadawało
się do napędzania tak dużych jednostek, dodatkowo było refowane przed
bitwą i galera zdana była na łaskę wioślarzy. Główną bronią
galer był taran(potem również tarany boczne), którego
zastosowaniem było oczywiście taranowanie jednostki przeciwnej, lub
złamanie jej wioseł. Dodatkowo posiadały mostek abordażowy. Potem, od
XV w. na galerach pojawiają się działa. Znajdują się w nadbudówce
dziobowej w liczbie 3-7. Największe (24-26 funtów) znajduje
się z przodu, a mniejsze po bokach. Oprócz galer wytworzyło
się jeszcze kilka podobnych tworów, takich jak ćwierćgalery,
półgalery i galeasy, których nazwa pochodzi od galera
grossa. Zmierzch galer podyktowany był pojawieniem się właśnie
artylerii, która w połączeniu z galeonem nie dawały tym
jednostkom już szans rozwoju. Jako fakt warty uwagi trzeba wspomnieć,
że to właśnie dla galer został opracowany nowy sposób budowy
jednostek - szkieletowy, który zrobił w późniejszym
czasie tak zawrotną karierę.

(źródło:http://koga.net.pl/content/view/360/268/)
Flota rzymska
W swych działaniach
wojennych na wielką skale Rzymianie musieli też dysponować silną
flotą wojenną, dlatego też zaczęli korzystać z osiągnięć greckiej czy
kartagińskiej myśli technicznej w momencie, gdy tylko racja stanu
skierowała ich ku morzu.
W początkowym okresie swego istnienia
nadtybrzańska metropolia, utrzymując organizacyjną strukturę
państwa-miasta (polis), walczyła głównie ze swoimi lądowymi
sąsiadami o przejęcie hegemonii na Półwyspie Apenińskim. Nawet
wtedy, gdy sfera wpływów Republiki osiągnęła brzeg Morza
Tyrreńskiego, sprawy obrony granic morskich traktowane były
marginalnie, ponieważ jedynym przeciwnikiem, nie mogącym zresztą
podważyć rzymskiej potęgi, byli piraci pustoszący sporadycznie
nadbrzeżne miasta. Do obrony przed nimi formowano małe eskadry, które
w zasadzie były flotami greckich kolonii rozsianych licznie w
południowej Italii.
Grecy ci dysponowali okrętami, mieli
doświadczone załogi i dowódców, dla których
tajniki nawigacji nie były obce, a jako naród morski
ugruntowali już swe tradycje żeglarskie. Załogi tych okrętów
stanowili ludzie wolni, którzy podejmowali służbę dla
niemałego zarobku wynoszącego 183 drachmy rocznie.
Werbunek
wioślarzy mających szansę solidnego wynagrodzenia dawał z jednej
strony możliwość stabilizacji życiowej dla elementów
plebejskich, nie mogących z racji niskiego statusu społecznego liczyć
na karierę w armii, z drugiej zaś gwarantował ich chętną i efektywną
pracę.
Sytuacja ta uległa zmianie wraz z postępującą
zaborczością Rzymu. Gdy państwo to zaczęło opanowywać coraz
rozleglejsze tereny półwyspu, pojawiła się przed nim
konieczność posiadania stałej, regularnej floty wojennej. Częściowo
zaczęto budować z funduszy państwowych własne okręty, których
główną bazę stanowiły: stołeczny port rzeczny oraz leżąca u
ujścia Tybru kolonia Ostia. Były to jednak siły za małe, toteż
wprowadzono obowiązek dostarczania w razie zagrożenia wojennego
okrętów wraz z załogami przez sojusznicze państwa italskie,
tworząc tym samym system nadbrzeżnych, nierzymskich
miast-sprzymierzeńców morskich (socii navales).
Oczywiście
ludziom, których obciążono rygorem służby w marynarce,
wypłacano żołd. Partycypowali oni też w podziale ogólnych
zysków wojennych, jednak wszystkie przyznawane im kwoty były
mniejsze od wypłat dla pełniących analogiczną służbę obywateli
Republiki.
W 264 r. wybuchła I wojna punicka, w której
wrogiem Rzymu po raz pierwszy było państwo zamorskie - afrykańska
Kartagina. Chcąc osiągnąć równowagę z dysponującym ogromną
flotą nieprzyjacielem Rzymianie, tak jak i w następnych dwóch
wojnach punickich (lata 218-201 i 149-146), musieli rozbudować
potężną flotę, jak i powołać do wioseł olbrzymią liczbę
ludzi.
Skopiowali wówczas standardowy okręt
kartagiński, pięciorzędową galerę. Trudno określić ile ze zdobytej
galery jako wzorca zaczerpnięto budując flotę. Nie podlega jednak
dyskusji fakt opierania się przez obie walczące strony na tym właśnie
typie okrętu. Istnieją przypuszczenia, iż jednostki rzymskie
przynajmniej w początkowym okresie wojen punickich były istotnie
bardzo zbliżone konstrukcyjnie do jednostek kartagińskich, co rzecz
jasna nie oznacza, iż Rzymianie i w późniejszym czasie sztywno
trwali przy pierwowzorze.
Typowa rzymska quinquerema miała
długość 37 m, szerokość kadłuba 4 m, szerokość pokładu wraz ze
skrzydłami - 5 m, zanurzenie 1,2 m. Obsługiwało ją 112 wioślarzy na
górnych ławach, 108 na środkowych, 50 na dolnych oraz 30
marynarzy, 40 żołnierzy w czasie pokoju i 120 w czasie wojny. Czasem,
gdy nie wystarczało ku temu środków finansowych w skarbcu,
rozpisywano pożyczkę narodową - zamożniejsi obywatele mając gwarancję
państwa przekazywali flocie najętych przez siebie wioślarzy
zapewniając im żołd i wyżywienie na okres miesiąca. Inną
ewentualnością było kierowanie do wioseł młodych i silnych
niewolników lub jeńców wojennych. Natomiast w wyjątkowo
trudnych sytuacjach nadawano wolność wyselekcjonowanym pod względem
zdrowotnym niewolnikom, których, po wypłaceniu odszkodowań ich
dotychczasowym właścicielom, kierowano do pracy przy
wiosłach.
Jednak niezależnie od sukcesów swojej floty
Rzymianie zawsze chętnie powierzali prowadzenie wojen morskich w
swoim interesie narodom o ugruntowanych tradycjach żeglarskich. Ich
niezmiennymi morskimi sojusznikami byli mieszkańcy wyspy Rodos. Z
racji samych już warunków bytowania dobrzy żeglarze -
potrafili Rodyjczycy zyskownie sprzedać swoje usługi, czarterując
trójrzędowce za cenę 10 tys. drachm miesięcznie, przy czym w
kwocie tej mieściły się minimalne koszty utrzymania załóg w
wysokości 6 tys. i 1,5 tys. za utrzymanie okrętów. Transakcja
taka dawała zatem Rodyjczykom 25% zysku, gwarantując jednak
doświadczenie nawigacyjne i waleczność załogi. Wśród flot
pomocniczych Rzymu biorących udział w licznych awanturach wojennych
były także armady tyrana syrakuzańskiego Hierona, króla
Pergamonu Eumenesa czy też monarchów egipskich.
Rzymianie
zobowiązywali do współpracy także zwyciężonych przeciwników.
Po II wojnie punickiej okręty pokonanej Kartaginy współdziałały
z flotą Republiki w jej walce przeciw królowi macedońskiemu
Filipowi V. Ten natomiast, przegrawszy wojnę, wspomagał swoimi
jednostkami rzymskie eskadry w zmaganiach z monarchą syryjskim
Antiochem. Z biegiem czasu Wieczne Miasto mogło sobie pozwolić na to,
iż do boju wystawiano jedynie część potrzebnej floty. Do wymaganego
stanu liczebnego uzupełniały ją jednostki sprzymierzone dołączające w
czasie rejsu w kierunku nieprzyjaciela.
Rzymianie niechętnie
służyli we flocie. Niechęć do służby we flocie, a dotyczyło to
zwłaszcza wioślarzy i marynarzy pokładowych, którzy nie mieli
wyboru, lecz żołnierzy piechoty morskiej dysponujących alternatywą w
postaci przydziału do legionów, mogła być przezwyciężana lub
chociaż zrekompensowana wzrostem statusu społecznego, wynagrodzeniem
proporcjonalnym do trudów służby okrętowej oraz możliwością
awansu nie gorszą niż w armii. Realizacja tych postulatów była
bardzo utrudniona - obsługa floty wywodziła się, tak u Rzymian, jak i
u sprzymierzeńców, z najniższych warstw społecznych, co
deprecjonowało przebieg kariery. Ponadto charakter wojen morskich
ograniczał zdecydowanie bodźce motywacyjne, jakimi były możliwość
zarobku i awansu. Czynniki te wzrastały w miarę przypływu zagrożenia
wojennego, oba jednak szczególnie mocno dotyczyły armii -
większość konfliktów, w tym głównie wojny z plemionami
italskimi o supremację na Półwyspie Apenińskim, wojny w
Hiszpanii czy też gallijskie zmagania Juliusza Cezara były kampaniami
lądowymi. Toczone w ich trakcie bitwy miały spektakularny przebieg,
one też głównie przyczyniały zysków oraz chwały tak
wojsku, jak i wodzom.
Możliwości takich nie mieli dowódcy
floty, może poza specyficznym okresem II wojny punickiej, gdy eskadry
stacjonujące na Sycylii podejmowały sporadycznie wyprawy mające na
celu grabież wybrzeży afrykańskich. Nie dotyczyło to jednak innych
garnizonów marynarki, a te pirackie rajdy, o ile mogły czasem
przynieść zysk załogom, o tyle rzadko kiedy były powodem do
chluby.
Bitwy morskie były zmaganiami anonimowych mas
ludzkich, zamkniętych w drewnianych skrzyniach kadłubów
nie było tu miejsca na przejawy bohaterstwa, owe indywidualne
pojedynki toczone tradycyjnie na oczach stojących naprzeciw siebie
armii czy też pełne erudycji mowy dowódców, którzy,
jak chce annalistyka starożytna, wśród szczęku oręża
wygłaszali płomienne przemówienia zagrzewające żołnierzy do
wysiłku. Rzeczywistość na morzu była bardziej prozaiczna - setki
wioślarzy ginących w gniecionych taranami lub palonych okrętach nie
widziały nawet przeciwnika. Ginęli dzierżąc w dłoniach drzewce wioseł
zamiast mieczy, jak przystało Rzymianom.
Zespół tych
czynników sprawiał, że flota była traktowana z rezerwą przez
żołnierzy wojsk lądowych oraz ich dowódców, a stosunek
ten promieniował także na ogół społeczeństwa i to nie tylko
rzymskiego. Jednakże pojawienie się wodza rzymskiego w rejonie
operacyjnym mogłoby podnieść na duchu sprzymierzeńców, pomimo
że miał on przybyć jedynie jako prowadzący wojnę na morzu.
W
takiej sytuacji konsolidacja rzymskich sił zbrojny wynikająca z
podniesienia rangi służby we flocie mogła być osiągnięta dwiema
drogami. Pierwszą z nich był wzrost świadczeń finansowych względem
marynarzy i piechoty morskiej, drugą - oddziaływanie psychologiczne,
a w grę wchodziły autorytet i przykład osobisty dowódcy oraz
charakterystyczne dla każdego Rzymianina oddanie dla sprawy dobra i
honoru Rzeczypospolitej. Było to zjawisko szczególne. Otóż
armia rzymska u swych prapoczątków była republikańską milicją
obywatelską, powoływaną doraźnie w chwilach zagrożenia państwa.
Niezależnie od kolejnych reform wojskowych nie była to przez długi
czas armia zawodowa w dosłownym tego słowa znaczeniu, toteż system
motywacyjny w tym wojsku opierał się na zestawach kar i nagród,
które nobilitowały odwagę, doświadczenie wojenne, miłość
ojczyzny czy też wierność przysiędze. Przestrzeganie tych cech w
życiu osobistym i służbie warunkowało karierę oraz wzmacniało
autorytet wojskowego wśród współtowarzyszy broni. Stąd
brały się przypadki ślepego posłuszeństwa wobec uwielbianych i
darzonych zaufaniem wodzów rzymskich, którzy znani byli
zarówno z wielkiego kunsztu wojennego, jak i z dbałości o
podkomendnych.
Na skutki takiego drenażu świadomości nie
trzeba było długo czekać. Właśnie ów "kult jednostki"
ułatwiał wodzom podporządkowywanie sobie niesfornych wojsk, tak na
lądzie, jak i na morzu. Gdy sternik lekkiej jednostki zwiadowczej bał
się wypłynąć swoim kruchym okręcikiem w środku nocy na wzburzone
morze, znajdujący się na pokładzie Juliusz Cezar przełamał jego
irracjonalny, spowodowany ciemnościami strach, równie
bezzasadnym, lecz, jak się okazało, skutecznym argumentem: "Czego
się boisz? Wieziesz Cezara!".
Nie trzeba było zresztą aż
tej rangi wodza, aby opanowaniem lub odwagą dać przykład innym. Oto w
czasie lądowania w Brytanii w 54 r., gdy wojsko zatrwożone walką
toczącą się w wodzie podczas wysadzania desantu straciło animusz i
nie garnęło się do opuszczania statków transportowych, chorąży
(aquilifer) skoczył za burtę krzycząc do towarzyszy broni:
"...przynajmniej ja wypełnię swój obowiązek wobec
Rzeczypospolitej i naczelnego wodza". Jak widać autorytet
dowódcy, którym znowu był tutaj uwielbiany przez wojsko
Juliusz Cezar, pobudzał żołnierzy do czynów niemal
samobójczych, ci zaś dzięki swojej odwadze sami stawali się
dla pozostałych legionistów przykładem godnym
naśladowania.
Ostatecznie, nie wyzbywszy się strachu przed
morzem, piechota morska, marynarze i wioślarze stali się powolnym
dowództwu organizmem, sprawnie działającą częścią składową
rzymskiej machiny wojennej. Natomiast wodzowie, uporawszy się z tym
problemem, mogli doskonalić swój kunszt taktyczny oraz będący
do ich dyspozycji sprzęt bojowy.
Oprócz stanu moralnego
załóg, technicznych walorów okrętów oraz
stosowanej taktyki duże znaczenie dla całokształtu działań wojennych
na morzu miały umiejętności nawigacyjne starożytnych żeglarzy. W tej
dziedzinie nie obserwowano jednak tak żywiołowego rozwoju. Przez cały
okres antyku funkcjonowały niezmiennie dwie podstawowe metody
kierowania okrętem. Pierwsza z nich, zwana obecnie "metodą
żabich skoków", była rodzajem etapowej żeglugi
pełnomorskiej. Dystans poszczególnych etapów wyznaczała
odległość pomiędzy kolejnymi charakterystycznymi terenowymi punktami
orientacyjnymi - były nimi głównie wyspy, lecz także widoczne
z daleka nadbrzeżne szczyty górskie lub szczególna
rzeźba terenu. Oczywiście punkty etapowe stanowiły jednocześnie
miejsca chwilowego odpoczynku, gdzie uzupełniano żywność oraz wodę
pitną, których nigdy nie zabierano w rejs w nadmiarze, a
przede wszystkim starano się przeczekać noc przed następnym
"skokiem". Było to zrozumiałe, ponieważ żegluga w mroku
utrudniała obserwację morza. Co prawda znano już wówczas
charakterystykę konstelacji gwiezdnych, lecz przypadkowe nocne
zachmurzenie stanowiło zbyt duże ryzyko.
Rzecz jasna tego
rodzaju nawigacja była łatwa jedynie we wschodnich rejonach Morza
Śródziemnego, gdzie całe łańcuchy licznych wysp greckich
wytyczają niejako naturalne szlaki żeglugowe. Najczęściej
wykorzystywaną i najlepiej znaną tego rodzaju trasą był szlak z
Europy do Azji, wiodący wzdłuż Cyklad. Gorzej przedstawiała się
sprawa w przypadku zachodnich części akwenu śródziemnomorskiego.
Są to rejony otwartego morza, gdzie poza wielkimi wyspami Sycylią,
Sardynią i Korsyką nie ma innych punktów odniesienia.
Tutaj
stosowano drugą metodę nawigacyjną. Polegała ona na dziennej żegludze
wzdłuż brzegu, którą kończono wraz z zapadnięciem zmroku.
Ponieważ w miejscach noclegu wyciągano okręty na brzeg lub, jeśli
były załadowane, stawiano je na kotwicy, dobór punktów
postojowych był bardzo staranny. Z biegiem czasu powstał nawet w
związku z tym nowy gatunek literacki - opis wybrzeża (periplus).
Prace takie w sposób encyklopedyczny podawały charakterystykę
całej trasy z podziałem na etapy i ich długość, opisem kotwicowisk,
wykazem ujść rzek i innych źródeł wody pitnej.
Rozwój
umiejętności, coraz to nowsze konstrukcje sprzętu wojennego i
wynikające z nich nowatorskie założenia taktyczne, umiejętność
opanowania depresji psychicznej wszystkie te czynniki sprawiły,
że z biegiem czasu niedoświadczona i nie mająca wielowiekowych
tradycji flota rzymska zaczęła pokonywać armady przeciwników,
a Republika powoli, rok za rokiem, wyrosła na mocarstwo
śródziemnomorskie, nie mające wrogów mogących z nim
konkurować w zmaganiach wojennych tak na morzu, jak i na lądzie.
W
okresie pryncypatu za czasów Augusta powstała baza w Misenum
(kontrolująca dostawy zboża do Rzymu) i w Rawennie dla kontroli
Adriatyku i wybrzeży Dalmacji. Jest też wysoce prawdopodobne, że
August stworzył również flotę Egiptu stacjonującą w
Aleksandrii (za zasługi w czasie wojny domowej otrzymała ona
zaszczytny tytuł Classis Augusta Alexandrina), a z której
wydzielona flotylla stacjonowała w innej bazie afrykańskiej - Cezarei
(Mauretania). Flota Syrii - Classis Syriaca - została założona przez
Hadriana, lecz równie prawdopodobne jest, ze istniała już dużo
wcześniej. Na północy Imperium tworzenie baz morskich wiązało
się z postępem ekspansji terytorialnej - jako składnik przygotowań do
zdobycia Brytanii powstała flota Classis Britanica w głównej
bazie w Gesoraicum (Bolougne). Poza zadaniami transportowymi, tejże
flocie zawdzięczamy tez wiele rajdów zwiadowczych: rejsy
dookoła Brytanii czy odkrycie Orknejów.
W kampaniach w
Germanii - rzeka Ren odgrywała znaczącą rolę. Flot rzecznych używali
zarówno Druzus Starszy, jak i jego syn Germanik. I pomimo, że
pogoda w tych rejonach nie rozpieszczała żeglarzy (duże straty
powodowały sztormy), przydatność flot była duża - flota Renu
otrzymała przydomki : Augusta oraz pia fidelis Domitiana.
Dunaj
- inna wielka graniczna rzeka - stanowiła rejon działania dwóch
flot: Classis Panonia (użyta przez Augusta w 35 r.p.n.e.) i Classis
Moesia (dla kontroli brzegów Morza Czarnego). Granicą ich
działań były kazaskie "Żelazne wrota" - naturalna bariera
możliwa do przebycia tylko przy wysokim stanie wód. Dodatkowo
należy wymienić flotę Thracii (Classis Perinthia) operującą w tym
rejonie, która składała się prawdopodobnie z okrętów
miejscowej konstrukcji.
Ciekawe są dzieje floty Pontu (Classis
Pontica przydzielonej do wschodniej części Morza Czarnego), która
wspierać miała Armeńską kampanię Nerona - po jego śmierci - stała się
trzonem pirackiej floty wyzwoleńca Anicetusa, jej poprzedniego
legalnego dowódcy.
Dowódcami flot początkowo
byli prefekci rekrutujący się z wojskowych sił pomocniczych, ich
status wzrósł jednak znacznie już w pierwszych latach
panowania Augusta. Początkowa tendencja używania oficerów
lądowych (trybunow i primipilares) w późniejszym okresie
została związana ze służbą cywilną - niektóre dowództwa
zostały oddane w ręce cesarskich wyzwoleńców (za
Klaudiusza).
Reorganizacja floty w czasach Wespazjana
przyniosła ogromny wzrost prestiżu prefektów floty - dowództwo
floty w Misenum (a także w Rawennie) stało się wyjątkowo wysoką
pozycją w administracji całego Imperium. Dowódcy flot
prowincjonalnych nadal wywodzili się z jednostek pomocniczych. Niżsi
dowódcy floty w wielu przypadkach byli Grekami wnosząc swoja
wiedzę nawigacyjną do rzymskiej floty. Kariera we flocie
rozpoczynając się z różnego pułapu, kończyła się w najlepszym
przypadku na randze dowódcy flotylli Dowódcą żołnierzy
na każdym okręcie był z reguły centurion, któremu w bitwie
podlegać mogli również uzbrojeni na ten czas marynarze a nawet
wioślarze.
Zwykli żeglarze wywodzili się raczej z niższych
warstw społecznych, ale byli ludźmi wolnymi - jako ze sami Rzymianie
nigdy nie przepadali za służbą na morzu, większość doświadczonych
marynarzy pochodziła ze wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego.
Służba na okrętach floty trwała 26 lat, a nagrodą dla marynarza na
zakończenie kontraktu było rzymskie obywatelstwo. Tylko w wyjątkowych
przypadkach i za wybitne zasługi cała załoga mogła uzyskać
wcześniejsze zwolnienie ze służby oraz - co się z tym wiązało - prawo
określenia siebie Civis Romanum sum.
Teza o słabości Rzymu na
morzu, głoszona przez tamtejszych pisarzy, nie odpowiada prawdzie.
Rzym bowiem już w 310 r. stworzył specjalne kolegium czuwające nad
budową floty duoviri navales, na wielu sprzymierzeńców
dostarczał obowiązek dostarczania okrętów socii
navales.
Technika walki
Rozwój floty
rzymskiej był bardzo spóźniony. W okresie, gdy młoda Republika
walczyła o uzyskanie hegemonii na Półwyspie Apenińskim, bitwy
morskie należały do rzadkości, natomiast jeżeli już je toczono, to
miały one skromny charakter. W czasie konfliktu z miastem Ancjum
Rzymianie rzucili do boju flotę liczącą zaledwie sześć okrętów,
natomiast gdy w 348 r. p.n.e. senat zarządził wojnę z kolonistami
greckimi zamieszkującymi południową Italię, ograniczono się jedynie
do demonstracyjnego obsadzenia wybrzeża, na którym mogli
lądować Grecy.
Zapóźnienia te wynikały jednak ze złej
organizacji marynarki oraz braku wprawy i stosownych wzorców.
Już w czasie I wojny punickiej dowódcy flot republikańskich
zaczęli wypracowywać własne założenia taktyczne, będące po części
adaptacją greckiej myśli wojskowej, częściowo natomiast rezultatem
własnych przemyśleń, a także wynalazków technicznych.
Dążąc
wzorem armad hellenistycznych do liczebnego wzmocnienia floty,
Rzymianie dostrzegali korzyści płynące z jej dużej ruchliwości. W
myśl ówczesnej koncepcji bitwa morska miała być nie
przypadkowym splotem potyczek pomiędzy okrętami nie mającymi wspólnie
wytyczonego celu, lecz planową akcją, przeprowadzoną według woli
walczących, z zastosowaniem sztuki wojennej, czyli mistrzowskiego
manewrowania jednostką. Natomiast najważniejszym czynnikiem oceny sił
floty powinna być jej liczebność oraz ruchliwość. Statyczne pojedynki
załóg wojskowych walczących na pokładach stojących obok siebie
okrętów należało w myśl założeń doświadczonych dowódców
zmienić w zmagania ruchowe. Zwinna, lekka i obrotna flota, kierowana
wiosłami przez sterników z taką wprawą, z jaką woźnica
kwadrygi prowadzi swoje konie, powinna być wszechobecna, w pewnym
sensie przypominająca obóz wojskowy, który, będąc
twierdzą nie do zdobycia w każdej chwili może być zwinięty i
przeniesiony na inne miejsce.
W myśl takiej wykładni Rzymianie
przygotowywali się do prowadzenia wojen na morzu. Duża ruchliwość
okrętów pozostawała istotnym czynnikiem w związku z niezmienną
w całej epoce starożytnej popularnością manewru taranowania.
Doprowadzono go zresztą do perfekcji - okręt atakujący nabierał
rozpędu kierując się ostrogą w najsłabszy punkt przeciwnika, jakim
była burta, przy czym tuż przed uderzeniem hamowano wiosłując wstecz,
aby zbyt silnym uderzeniem nie uszkodzić własnej jednostki oraz
uchronić się przed zakleszczeniem zbyt mocno wbitego tarana.
Zwłaszcza ta druga możliwość była groźna, bowiem w przypadku
zatonięcia atakowanego okrętu mógł on pociągnąć w głębiny
złączonego z nim zwycięzcę.
Z biegiem czasu taktyka atakowania
została udoskonalona. Ponieważ trudno było ustawić się do uderzenia w
burtę, a wobec wzrostu liczebności flot boje morskie z reguły
zaczynały się zwarciem czołowym dwóch szyków, toteż
nowy manewr zwany diekplus przewidywał przepłynięcie jednostki
atakującej pomiędzy dwoma posuwającymi się w przeciwnym kierunku
okrętami wroga po uprzednim wciągnięciu własnych wioseł. Wobec
minimalnych odstępów bezpieczeństwa zachowywanych przez
płynące w szyku jednostki szarża taka kończyła się nieodwołalnie
zgruchotaniem wioseł jednej burty obu atakowanych okrętów -
pozbawione napędu i unieruchomione stawały się one już dogodnym celem
dla właściwego taranowania lub abordażu.
Gdy przeciwnikami
Rzymu stały się państwa zamorskie, rozszerzono zasady taktyczne
uwzględniając dwa nowe czynniki - wydłużenie własnych i wrogich linii
zaopatrzenia oraz możliwość dostępu do czułego miejsca, jakim dla
każdego nieprzyjaciela było jego własne zaplecze
gospodarczo-demograficzne. Dlatego też w czasie II wojny
punickiej trzema najważniejszymi zadaniami postawionymi w 215 r.
przed flotą rzymską stacjonującą na Sycylii były: pustoszenie
kartagińskich brzegów Afryki, obrona wybrzeży Italii przed
odwetowymi akcjami wroga, niszczenie konwojów
nieprzyjacielskich wiozących zaopatrzenie dla armii Hannibala
walczącej w tym czasie z legionami już na terenie Italii.
Ataki
na konwoje stały się od tego czasu stałym elementem wojen. Wobec
znacznego oddalenia pól bitewnych od metropolii wzrosły
obowiązki nie tylko dowożenia posiłków, lecz także dostaw
uzbrojenia, odzieży, żywności czy nawet koni. Okręty wojenne nie
nadawały się do tego rodzaju ładunków. Dlatego też do
przewozów tych zaczęto używać nie uzbrojonych i nie nadających
się do walki spotkaniowej na morzu statków transportowych.
Konwoje, nie zawsze zresztą płynące z eskortą, stały się wskutek tego
powolniejsze, straciły zdolność szybkiego manewrowania, a przeciwny
wiatr mógł unieruchomić żaglowe statki dostawcze nawet na
dłuższy czas. Atakowanie takich zespołów stało się łatwiejsze,
na co jednak zwrócili uwagę nie tylko Rzymianie.
Zauważył
tę słabość król Perseusz podczas III wojny macedońskiej,
toczonej w latach 171-167 p.n.e. Wkrótce też jego flota
wyruszyła w długi rajd krążowniczy, którego największym
sukcesem było doszczętne rozbicie liczącego 35 statków konwoju
wiozącego desant konnicy gallijskiej do będącej w ogniu walki
Macedonii. Część transportowców próbowała ratować się
ucieczką ku niedalekiemu brzegowi, tam jednak dopadł je pościg -
jeźdźców wybito, a konie unieruchomiono przecinając im
ścięgna.
Dużą ewolucję przeszła taktyka spalonej ziemi, którą
stosowano na wrogich wybrzeżach. Początkowo były to na pół
pirackie akcje podejmowane przez lokalnych dowódców
garnizonów morskich. Ludzie ci, przeważnie rangi pretorskiej,
dysponowali dużą samodzielnością, nie musząc uzyskiwać na
planowane rozboje zgody senatu czy też konsula. Łupiono zatem głównie
słabo zurbanizowane brzegi nieprzyjaciela, pastwiąc się nad wsiami -
niszczono zasiewy, palono zbiory, zabierano lub zabijano bydło,
porywano ludność, sprzedając ją po powrocie do bazy w niewolę, co nie
tylko pozbawiało wroga rąk do pracy i poborowych do armii, lecz także
poprawiało sytuację materialną żołnierzy i marynarzy handlujących
schwytanymi jeńcami na własny rachunek. Z biegiem czasu desanty takie
nabrały charakteru regularnych akcji bojowych.
Flota płynąc
wzdłuż brzegu wysadzała co pewien dystans wojska, które
dokonywały tym razem głębokiego już wypadu na wrogie tereny. Były to
już jednak akcje szczebla armijnego, dowodzone przez konsulów.
Zabierano na nie sprzęt oblężniczy umożliwiający zdobywanie
obwarowanych miast. Często, w przypadku ośrodków nadmorskich,
w oblężeniu współuczestniczyła flota, lub też, jeśli atakowane
miasto znajdowało się dalej od morza, prowadzono do boju piechotę
morską albo nawet uzbrojonych wioślarzy. Sytuacja taka nastąpiła w
209 r. podczas walk w Hiszpanii, gdy dowodzący wyprawą Scypion kazał
wyciągnąć okręty na brzeg, a ich załogi pchnął pod mury Tarrakony.
Takie metody były jednak nisko oceniane przez antycznych
komentatorów, którzy widzieli w tym "wioślarskim"
wojsku powiększenie sił armii jakby w jakiś sztuczny sposób.
(źródło:http://www.totalwar.org.pl/?ArtId=268)